Ideał szerokokątnego patrzenia

Lubię chwile nocnej niemocy. Skotłowany za dnia, spontanicznie niewykorzystany potencjał, uwalnia się niekontrolowanie. Same głupoty przeciskają się wtedy przez wąskie przesmyki myśli. Następny dzień jednak wtedy staje się siedliskiem i kłębem nietrafionych, na wiatr rzucanych słów.

Hej! Czy w ogóle warto rozbisurmaniać się w stronę nocnych igraszek? Nie dość, że sam dzień płynie wtedy w kierunku wyznaczanym przez wiatr tłumu, to jeszcze frustrujące momenty zaskakują co rusz.

A nuż nadarzy się wyjątkowa okazja w dniu następującym – przyjdzie mi podjąć życiową decyzję, która ważyć będzie los jutra. Ale nie – ja będę wtedy koszmarnym interpretatorem potakującym, niesfornie dukającym niechciane wersy.

Szarmancka codzienność i chęć jutra może powodować właściwie rozumianą sukcesywną obronę sobości. Jeśli nie pojawi się we mnie codzienna praktyczna obrona własnych ideałów i stopniowa ich realizacja, nie pojawi się także chciane jutro. Nie można zaczynać jutra od jutra. To dziś jest tym, co skutkuje w jutrze.

Nie rzężenie nad losem własnym i nie małostkowość w codziennej ocenie, ale wysoki ideał patrzenia szerokokątnego, może nadać sens rzeczywistym zmaganiom (nawet prozaicznie nie chcącej się otworzyć lichej parasolce).

Na koniec może mały cytat:

„What day is this?” asked Pooh.
„It’s today.” squeaked Piglet.
„My favourite day.” said Pooh.