Niteczka wewnętrzno-zewnętrzna

Często budzi się we mnie chęć powrotu do ciepłego kokona mojej przeszłości. Są takie sfery dziwności czasów minionych, które wracają jak bumerang. I wpada się w nie jak do studni. Słychać tylko plusk. Woda wyrzuca jedynie małą kropelkę w górę, a sama tylko przez chwilę jest poruszona tym faktem, tworząc powierzchniowo-powierzchowne kręgi.

Ciepły rzeczywiście jest ten kokon. On wciąga i pochłania. Świat oglądany z niego wydaje się być inny – bardziej znajomy. Nic w nim nie trzeba robić. I nie trzeba pracować. I nie trzeba się wychylać. Taka wegetacja. Przyjemność bycia w świecie pokonanej słabości.

Kokon jest też pamiątką tego, co było. Zachowań niegdyś naturalnych, do których powrót także może wydawać się naturalny. Ale po jakimś czasie widać, że coś jest nie tak… Takie coś już po prostu nie działa. Szkodzi i mi, i innym. Na wiele różnych sposobów.

A bolesne jest wyrywanie się z tej trudności życiowej! Trwa to długi czas, kosztuje sporo pracy, a i wiele razy kończy się załamaniem rąk. Ale wnet przychodzi wiedza i moc – walka wielka wielości wielu wielokrotnie powiększa smak sukcesu. Jestem! I…

… i kokon. Kokon pozostaje. Zawsze można do niego wejść. On przyciąga. Właściwie nie wiem dlaczego, ale wchodzę często do niego. Wiem, że nie powinienem – ale on cały czas ciągnie się, często na małej niteczce, przy mojej nodze. Zatrzymując się, mam większe ryzyko wskoczenia do niego. Bo zawsze to ja muszę podjąć taką decyzję. Ona pociąga konsekwencje.

Kokon to takie pokonane świństwo – staroć powracający znienacka. Akurat tam, gdzie jest moc, tam w odpowiednim czasie pojawi się i kokon. Trzeba wtedy podjąć wybór pomiędzy wejściem do niego a dobrym życiem. Trzeba się zaprzeć, dobrze trzymając się znalezionych wcześniej uchwytów i twardo stać na ziemi.

Bo nie chodzi o to, żeby się bać. Rozpędzając się, nie myślę o lęku. Po prostu działam – ja jako ja, który jestem. Trzy różne rodzaje tego działania można podać. Jeden to parcie naprzód, drugi to przestój wahliwy, a trzeci to pożarcie przystankowe (co niekoniecznie wiąże się z wejściem do kokonu). Kiedy prę naprzód – czuję radość wewnętrzną. Tu właśnie tkwią wielkie skarby mojego ja. Kryją je skrzynie z łatwymi do otwarcia zamkami, do których tylko ja potrafię znaleźć klucz.

Tylko pójście za konkretnymi zasadami, za decyzjami podejmowanymi każdego dnia, pozwala na podjęcie odpowiednich kroków na drodze. Takie wymagania własnej codzienności. Coraz bardziej się przekonuję, że bez nich do niczego nie dojdę. I do nikogo. Miłość zawsze jest wymagająca.