O tym, jak to świat pustki nie znosi, czyli krótka rozprawa o Halloween, Dziadach i Dniu Zmarłych

Pomieszanie dwóch światów i dwóch rodzajów praktyk zawsze rodzi pytanie o to, co ma większą moc, a jednocześnie w które z nich warto się zaangażować. Zazwyczaj jednak jest tak, że obie rzeczy w jakiś sposób działają – na różnych płaszczyznach. I tutaj pojawia się kwestia trudna, czyli podział. Bo jeden chce robić tak, a drugi inaczej. I żaden nie da się do niczego przekonać.

Dajmy od razu przykład sceny ku wyobrażeniu sobie tegoż dysonansu – bardzo prosty. No więc z jednej strony ktoś może wierzyć w to, że nie istnieją wampiry, czyli rzekome nieumarłe postacie, pijące w nocy krew, a z drugiej strony ten sam ktoś może przebierać się za tegoż wampira w noc przed wspomnieniem Wszystkich Świętych, by utrwalać przekonanie wśród innych o tym, że strach przed takimi postaciami należy zachować – bo, nie daj Bóg, może istnieją i straszą…

Albo jedno, albo drugie. Nie ma nic pomiędzy. Świat nie znosi pustki, bo w pustce nie da się wytrzymać – można tylko w ten sposób ześwirować. W kulturze polskiej przez wiele wieków funkcjonował zwyczaj Dziadów, czyli odprawiania specjalnego rodzaju guseł, mających na celu uczczenie pamięci zmarłych i przebłaganie ich, by nie dręczyli żyjących, a odpoczywali w pokoju. Wiem, podałem w sposób uproszczony znacznie cel tego obrzędu, ale chodzi bardziej w tym momencie mi o to, że Dziady znikły – przepadły. Nie ma ich.

Jak to możliwe? Czy stało się to przez skuteczne działanie antynastawiające Kościoła, nie tylko katolickiego, ale i prawosławnego (bo tylko unicki rzecz aprobował), czy może inne kwestie miały na to wpływ? Wydaje się, że i to, i jeszcze coś innego. Kościół przekonywał ludzi o pogaństwie tego obrzędu. Tradycja ludowa jednak miała na ten temat inne zdanie. Za wszelką cenę musiano Dziady odbyć, by odstraszyć to, co mogło dręczyć żyjących i zmarłych.

Czas przemian dwudziestego wieku na zawsze przekształcił podejście człowieka do religii, obrzędowości i do świata. Stopniowo zaczęły zanikać zwyczaje pielęgnowane wśród ludzi od wielu wieków. Zwiększył się dostęp do wiedzy dla wszystkich ludzi. W ten sposób w znaczącym stopniu zanikł analfabetyzm i nieuctwo. Przesądy zaczęły odchodzić powoli w niebyt.

Ale skoro świat nie znosi pustki, to co teraz? W końcu ludzie dalej obchodzą pamięć o zmarłych, wierząc w ich życie pozagrobowe, a także wierzą w istnienie świętych w niebie. Cmentarze w listopadowe święta nadal są pełne ludzi. Może więc tutaj zrodzić się jakiś nowy zwyczaj, który tę lukę zapełni. I może stać się jeszcze większym gusłem od Dziadów. Tradycja ludowa jest w stanie wybierać swoich ludzi do pełnienia różnych funkcji w swojej obrzędowości. Co więc będzie nowym zwyczajem, nową tradycją?

Wszelki zagraniczny zwyczaj, który ma się przyjąć w Polsce, może przejść próbę polszczenia, bądź też nie. My nie lubimy wchodzić w cudze buty. Za granicą naszego kraju ludzie obchodzą na przykład Halloween, czyli maksymalnie upraszczając – dzień strachów i obaw przed zmarłymi i ich wędrówką pośmiertną. Czyli idąc tą logiką, jest to taka zabawa w piekło na ziemi. Na tle tej zabawy, zawsze można jakieś dobre i ciekawe rzeczy organizować, można się w miłym gronie spotykać – ale zawsze się trzeba pytać, czy warto oswajać rzeczy złe, czy lepiej jest budować na czymś dobrym?

Nie wiadomo jeszcze, co się stanie dalej z tym świętowaniem i jak się ono rozwinie. Wiadomo, że na pewno ludzie będą chodzić na cmentarze i wspominać tych, co odeszli. Będą pamiętać o nich i nosić w sercu różne sytuacje przeżyte wspólnie z nimi. Ciekawe, czy na tym tle wyrośnie jakaś nowa tradycja, czy też zostaniemy na świętowaniu żywych zmarłych na ziemi, przebierając się za ich zniszczone, doczesne szczątki, urealniając wyjęte ze świata wyobraźni i horroru wampiry, zombie i strzygi.

Mówiło się kiedyś: Panu Bogu świeczkę, a diabłu ogarek. I tak wielu ludzi stawia znicz na grobie zmarłego, a świeczkę w dyni. I wierzą w Boga, a duchów się boją.

Patrząc z innej strony, są ludzie, którzy próbują uchrześcijanić (lub mówiąc mniej słowotwórczo schrystianizować) powycinane wzorki w dyniach i zabawy dla dzieci w trick or treat, czyli cukierek albo psikus. I nie odmawiam w tym momencie, ani im nie ujmuję tym ludziom, pewnego dialogu w tej dziedzinie. Z drugiej strony, to wszystko jest dla mnie pewnym fenomenem kulturowym, który próbuję nazwać. I ten wpis może być właśnie taką krótką próbą nazwania po imieniu procesów, które nieśmiało dostrzegam – ale też z którymi można się nie zgadzać (albo i zgadzać, jedno z dwóch). Bo to tylko moja próba rozumienia.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *