Kapuściński potrafił wstrzymać na moment opisywaną przez siebie rzeczywistość

W reportażach Ryszarda Kapuścińskiego zawsze przedstawieni są konkretni ludzie, jednostki osadzone w danej rzeczywistości. To, co mnie zawsze w nich dotyka, to prawda i troska o wierność w oddaniu obserwowanej sytuacji.

Często suche opisywanie sytuacji politycznej, oparte na abstraktach, spotyka się z brnięciem w teorię, a same fakty przelatują nad głową jak różnobarwny motyl, który pomimo tego, że jest atrakcyjny, po chwili staje się ulotny jak poranna rosa na trawie (którą nagle zastępuje blask innego, większego i jaśniejącego piękna). Kapuściński wstrzymuje na moment ważne momenty historii i ożywia je – by nie stały się taką ulotną, martwą i niemą formą.

Podczas ostatniej lektury „Cesarza” i „Szachinszacha” Kapuścińskiego starałem się ważyć wypowiedzi Etiopczyków, rozmyślać nad irańskimi pragnieniami, próbować odczytać wymowność idei śmierci tak wielu dla wolności. Próbowałem jednocześnie wejść w siebie, by na nowo zrozumieć moje bycie w świecie, w moim kraju, w mojej religii, w mojej rodzinie.

Czytanie tego typu tekstów jest jak budzenie się ze snu. Ożywia ono chęć, by otworzyć swoje oczy szerzej, rozsunąć drzwi ciasnej perspektywy widzenia, obnażyć własne krwawiące punkty i przyznać się przed samym sobą, że jest się tylko cząstką tego wielkiego świata, która by żyć, musi współodczuwać, rozwijać się i korzystać z tego, co ma przed sobą prawie jak na dłoni.

Słowo zawsze przynosi więcej, niż myśl jest w stanie pojąć. Dlatego każdorazowe dotykanie różnych aspektów życia, pozwala na nowo ich doświadczyć, przenieść się w ten nowopoznany świat, by serdecznym ruchem zamykanej powieki, oddać się biernej przemianie wewnętrznego ja.

ZapiszZapisz