Rzucić wszystko

Nie wiem jeszcze, czy można, tak po prostu, zostawić wszystko. Praktycznie starając się zrozumieć rzecz – rzucenie wszystkiego, nawet jeśli wyda skuteczny oddźwięk w codzienności, jest niesamowicie bolesne dla mnie i dla tych, którzy są związani z tym, co ja sam chcę odrzucić z mojego życia.

Porzucanie czegoś jest rzeczą bardzo delikatną. To usuwanie pewnej części ja, zrośniętej z moją małą rzeczywistością. Nie wiedzieć czemu, każdorazowy rzut oka na to, co jest skrajnie niepotrzebne, powoduje wzruszenie i nostalgię. Ale takie niepozorne coś – to niebagatelne przywiązanie.

Skąd bierze się trudność w odrzuceniu błędu, tych prowadzących do porażek konkretów, tych wodzących w przepaście życia i na rozstaje prawie-depresji słabości? – tak jest łatwiej… Poza tym – każda zmiana w życiu, pociąga za sobą utratę czegoś. Decyzja to także odłączenie jakiejś części własnych, codziennych wyborów.

Przykładem, dość prostym ale wymownym, jest rzucanie palenia. To nie tylko przykład porzucania, ale i decyzji zerwania z przyzwyczajeniem. Tak – można powiedzieć, że chcę i lubię. Ale co jeśli już nie chcę i nie lubię? Co jeśli to, co na początku było dla mnie prostym wypełnieniem chwili, stało się już jej dopełnieniem?

Odrzucanie wiąże się z wyrywaniem się. Chęć zerwania z przyzwyczajeniem w swojej codzienności, oznacza gwałtowny rozruch i tumult. Ta szarpanina z sobą samym, wprowadza także pustkę i niesamowicie otwartą przestrzeń. Ona wydaje się właściwie niemożliwa do wypełnienia czymś nowym – bo tutaj, w niej, zawsze coś było. Najtrudniejszym jest, że wiem, czym to coś jest i wiem, że mogę tym czymś tą pustkę wypełnić…

Rzucić wszystko – to może i za dużo. Ale wolność od wszystkiego i zdolność do codziennego wyboru – to wystarcza. Celem jest potrafić podejmować takie decyzje, które zawsze prowadzą do życiowego konkretu. Nie do samo-pętania.