Sztuka pozornie niepotrzebna, jednak chciana

Nie lubię być krytykiem czegoś, czego nie znam. Staram się wpierw dobrze przyjrzeć temu, o czym mówię. Kiedy na usta mi się cisną słowa coś pochopnie odrzucające, są one zwykle powodowane emocjami.

Sztuka współczesna nie jest łatwym orzechem do zgryzienia. Wystarczy spojrzeć na ludzi, którzy tworzą obecne pokolenie teatru, muzyki, literatury i wszelkiej maści sztuki oraz na ich historie życia.

Elitarna niszowość

Przeszłość każdego twórcy zazwyczaj bywa skomplikowana – trochę potłuczona, a trochę uwznioślona. Geniusz, taki maluśki nawet, próbuje znaleźć dla siebie kierunek swojej twórczości w pewnej niszy, która stanowi dla niego możliwość przekazania najlepszej cząstki swojego twórczego ja. Własne zainteresowania takiego jegomościa, jeśli tylko sposobne w odbiorze będą dla publiki, stają się zainteresowaniem wielu.

Wchodzimy tutaj na grunt relacji twórca-odbiorca. Ta przestrzeń pomiędzy nimi jest wyjątkową relacją wzajemnej próby rozumienia i nazywania tego, co nienazwane. Może tutaj zachodzić metafizyczne porozumienie, ale może też się pojawiać snobizm.

Próbowałem uniknąć tego ostatniego określenia, bo dla wielu to słowo już oznacza konkretną szufladkę myślenia. Zostawię je jednak, by lepiej dookreślić, co rozumiem pod zarówno tym pojęciem, jak i wszystkim tym, co do tej pory napisałem. Napiszę też, do czego pokazania ten esej dąży.

Metametowość metaform

Co potrafi wyrazić wydzierająca się na całe centrum handlowe dorosła kobieta, krzykiem w ilości decybeli dorównującym noworodkowi? Może utratę czegoś ważnego w jej życiu, może utratę zmysłów, a może sygnał dla wszystkich innych, którzy w rzeczonym centrum handlowym za czymś pędzą (choć za czym – sami nie wiedzą). Mamy więc tutaj krzyk pewnej pani dorosłej naprzeciw tłumu ludzi, który współczesna sztuka uliczna określa mianem performance’u.

Druga sytuacja, do której mogę nawiązać, to zapowiadany na początku film o nazwie High-Rise. Na jego początku myślałem, że odprężę się przed ekranem, wyciągając nogi na siedzenie przede mną, w półpustej sali kinowej. Okazało się jednak, że film nie miał ani początku, ani końca, a metawypowiedzi w obrazie brały górę nad tym, co widz widzi i słyszy. I pomyślałem na końcu filmu: – no, faktycznie, takie jest życie korposzczurów. Ale dlaczego przekazywać tak ważkie sprawę w tej formie?

Może już nauczyliśmy się, jak odbierać sztukę klasyczną i nie zaskakuje nas tak, jak dawniej. Każda epoka do tej pory potrafiła wykształcić swój styl przekazu treści. Niemniej jednak to, co prezentuje nasza, trzeba poddać pod rozwagę.

Więc szukajmy dalej…

Zalew treścią i informacją mamy na co dzień. Ilość twarzy, którą widzi się codziennie na Facebooku, całkowicie zaspokaja społeczne potrzeby, dopóki siedzi się w tym świecie. Można być nawet szanowanym w internecie korposzczurem, który nie ma prawdziwych przyjaciół. Ale to temat na inny artykuł. Wracając do przesytu treścią – nikt nie zaprzeczy, że ogromne pakiety treści nam codziennie podawane, zaburzają lub zmieniają naszą wrażliwość wewnętrzną. Im dłużej się utrzymuje człowiek w tym stanie zalewu, tym bardziej daje się ponieść na jego fali. I żeby kogoś z tej fali strącić, potrzeba mocniejszego kalibru narzędzia. Gorzej, jeśli sam z tej fali spadnie…

A może i nawet lepiej. Przynajmniej się napije tej wody, na której się unosił – zanurzy się, podtopi, a potem ucieszy się, że jednak żyje. I będzie chciał to życie wykorzystać lepiej. I jest to sztuką, by je dobrze wykorzystać oraz by móc faktycznie się z niego cieszyć.

Ku meritum

Istnieje jednak coś takiego jak sztuka niepotrzebna. I tutaj wrócę do użytego wcześniej snobizmu. Niektórzy ludzie potrzebują czegoś tak ekstrawaganckiego do bycia strąconym z fali zalewowej, że szukają sztuki ekstraordynarnej. Wręcz jej pragną i pożądają! Potrzebują jeszcze większej dawki emocji, niż zwykli my. I bywają artyści, którzy swój geniusz kierunkują właśnie w tę stronę. Geniusze jednak nie wypełniają tej niszy, bo w większości są w niej płytcy śmiałkowie, potrafiący do siebie przekonać niemasowych odbiorców, potrzebujących nowych doznań.

Nie da się uciec od mechanizmów funkcjonujących w nam współczesnej kulturze – i nie trudno się nie zgodzić, że każda epoka ma swoje potrzeby i sama je wykształca: po to, by mogła się wewnętrznie i zewnętrznie regulować. Tacy już jesteśmy. Ale niektórych rzeczy po prostu nie jest warto nazywać sztuką, bo są tylko narzędziem – płytkim kiczem dla snobistycznej niszy. Niech się tym zachwycają, jeśli chcą – sztuką dla nas niepotrzebną, ale przez nich chcianą.